Wątpliwości co do ustawy o MM

Wiecie już, że mam wielu przeciwników – naprawdę to ja jestem tylko symbolem tego czego pewne osoby, a raczej całe środowiska znieść nie mogą – zatem atakują…w sposób wredny, perfidny, personalny ale niestety…nie merytoryczny. W jednym z ostatnich ataków na mnie Robert Świątkowski ( mój wierny psychofan – w rzeczywistości anonimowy fejk usługowy ) zaatakował ustawę o jaką wspólnie walczymy. Ponieważ moja cierpliwość do tego typa już dawno się skończyła poprosiłam o zabranie głosu Jędrzeja Sadowskiego – twórcę projektu ustawy o legalizacji medycznej marihuany. Poniżej cały tekst. Sami oceńcie i sami wnioski wyciągajcie dzieląc się nimi ze światem. Pozdrawiam . Dorota

Świątkowski :

Obecnie wspomniani ” aktywiści ” sa zaangażowani w proces legalizacji
medycznej marihuany w Polsce. tworem tego środowiska jest nowy projekt
ustawy o medycznej marihuanie, który został zaproponowany przez posła
partii Kukiz 15′ – pana Liroya Marca. W moim przekonaniu forsowany
przez nich projekt ma byc nie tyle korzystny dla pacjentów co
umożliwić tej grupie niekontrolowany handel i hodowle marihuany.
Sadowski :

W moim przekonaniu Pan Świątkowski nie jest w stanie podać jednego poważnego argumentu na poparcie swojego przekonania. Poniższe dywagacje pozwolę sobie z grzeczności omówić, choć wolałbym osobistą konfrontację z tym autorem.
Najbardziej ubolewam, że nie wysilił się żeby przeczytać uzasadnienie.
Nie określa ona wskazań do stosowania marihuany medycznej (co
uwzględnione jest między innymi w odpowiednich ustawach obowiązujących
m.in. w Czechach czy w Holandii). Takie restrykcje powinny być
uwzględnione w projekcie ustaw…..
BZDURA.
Po pierwsze, proponowanie zamkniętego katalogu wskazań pozostawiłoby pacjentów na łaskę ustawodawcy… nie to jest intencją projektu. Gdyby autor przeczytał uzasadnienie i sięgnął do publikacji źródłowych wiedział, że regulacje prawne nie mogą zastępować lekarza w praktyce klinicznej, w szczególności w podejmowaniu decyzji klinicznych.
Po drugie, uważna lektura samych przepisów umożliwia dostrzeżenie zawężenia zakresu zastosowania – de facto do łagodzenia skutków ubocznych konwencjonalnej farmakoterapii (czyli najpierw z założenia musi być konwencjonalna) albo w przypadkach, gdy nic innego już nie działa (czyli najpierw trzeba wyczerpać możliwości konwencjonalnej farmakoterapii).

I to jest najważniejsza restrykcja jeśli chodzi o wskazania, która eliminuje w zasadzie potrzebę komentowania dalszej części tego fragmentu wypowiedzi.

ponieważ zapobiega to nadużyciom i
wydawaniu nieuzasadnionych licencji na hodowlę. W Kalifornii w USA
dochodzi do takiej patologii, iż lekarze wystawiają zezwolenia na
hodowlę nawet po zwykłej konsultacji telefonicznej, lub porzucają
pracę w zawodzie poświęcając się wystawianiu odpłatnych licencji.
Niemniej, warto zauważyć, iż autor nie rozróżnia przepisów prawa materialnego od przepisów postępowania – to że z ustawy wynika materialne prawo ubiegania się o zezwolenie, nie znaczy, że każdy kto o takie zezwolenie wystąpi, uzyska je (w trybie określonym przepisami postępowania administracyjnego musi bowiem udowodnić szereg okoliczności), jak również, że raz przyznane zezwolenie może być cofnięte albo nie przedłużone – na przykład jeśli okaże się, że nadużywa w jakiś sposób zezwolenie.

Zatem twierdzenia autora o jakimś niekontrolowanym handlu za pomocą przepisów ustawy są wydumane, całkowicie oderwane od treści przepisów, i od rzeczywistości – przepisy ustawy nie wyłączają odpowiedzialności karnej za handel marihuaną!

Pomijam już w tym miejscu, że w holenderskim prawie nie ma określonych wskazań, a ogólna formuła łagodzenia skutków ubocznych, czy stosowania w sytuacjach gdy nic już nie pomaga, jest analogiczna jak w naszej ustawie.
Mądrzy Holendrzy wiedzą, że prawo nie może „wiązać lekarzowi rąk” na zasadzie: ok, demokratycznie pozwolimy na padaczkę, ale nie pozwolimy na sraczkę! Tymczasem na sraczkę też działa, m.in. przy chemioterapii, ale tez przy chorobie L.Chrona – poważnej jelitówce, której autorowi doświadczyć absolutnie nie życzymy, bo zmieniłby zdanie zanim by zesiadł z kibla…

Czesi z kolei określili wskazania, ustanowili jakieś państwowe centrum decyzyjne i co…? I sami się zablokowali, bo pacjenci nieobjęci wskazaniami państwowymi oraz ci, którzy nie załapali się w kolejkę (ci ze sraczką) wspierają czarny rynek zaopatrując się poza ewidencją. Nie życzymy Panu Świątkowskiemu konfrontacji z rzeczywistością, bo w swoich wyobrażeniach idealnego świata chyba dobrze mu się pluska.

W ustawie mówi się, że producentem ziela może być każda jednostka,
która uzyska zezwolenie, i zapewni kontrolę jakości na podstawie umowy
z „jednostką naukową”, której charakter jest bliżej nieokreślony. W
Polsce status owej jednostki może uzyskać również fundacja, która
uzyska status „centrum badawczo-rozwojowego”, a zapis u ustawie
nakładający konieczność prowadzenia ewidencji pacjentów i ich
zapotrzebowania na konopie, naszym zdaniem może umożliwiać jej
uzyskanie takiego tytułu.
WOW! Tu Pan Świątkowski stworzył figurę retoryczną przed którą wprost chylę czoła.
Po 1) taka jednostka musi mieć również zezwolenie na prowadzenie analityki jakościowej środków odurzających. Nie wystarczy wpis do działalności gospodarczej w urzędzie gminy…
Po 2) takie zezwolenia mają tylko uczelnie wyższe i państwowe instytuty badawcze, raczej nie znam prywatnej jednostki, która miałaby zezwolenie (owszem mogą być pojedyncze podmioty, jednak jeśli już, są to świetnie wyposażone w kadrę i zaplecze techniczne prywatne laboratoria, które z radością zaoferują pacjentom takie usługi i którym w pełni taką rolę można powierzyć)

W praktyce zatem, ten sam organ byłby
zarówno producentem, jak i organem kontrolującym jakość rośliny.
Tak, tylko wówczas musi mieć ZATRUDNIONEGO (na umowę o pracę!) pracownika z doświadczeniem analitycznym i odpowiednie zaplecze techniczne. Z pewnością – zgodnie z wizją P. Świątkowskiego – pierwsi dostaną takie zezwolenia konopni aktywiści na nieograniczony handel.

Śmiem zwrócić uwagę, że więcej wolności to również więcej odpowiedzialności, i tę zasadę przepisy art. 30d w pełni zachowują, nawet miejscami aż zanadto.

Nie byłoby również zbytnim zdziwieniem, gdyby fundacja pani Gudaniec
„Krok po kroku” pragnęła rozszerzyć swoją działalność o produkcję RSO
i medycznej marihuany, a wszystko będzie miało miejsce całkowicie
legalnie, dzięki nowej ustawie którą sami stworzyli. Tymczasem zarówno
uzyskanie odpowiednich certyfikatów (ISO, GMP), jak i kontrola jakości
nie jest tak prostą sprawą
Tak, zatem pierwsi dostaną te zezwolenia konopni aktywiści, tak samo jak certyfikaty GMP….
Jak już pisałem wyżej – żadne materialne uprawnienie (w tym dla Fundacji Krok po kroku) nie wynika z ustawy, każdy podmiot musi dostać zezwolenie na podstawie przepisów postępowania.

jak „wysłanie próbki do losowego

laboratorium”. Doświadczenie przeprowadzone przez dr Arno Hazekampa
(eksperta w kwestii chemii roślin, pracownika rządowego holenderskiego
hodowcy marihuany medycznej – Bedrocan BV) na terytorium USA ujawnia,
że nie każde laboratorium świadczące usługi analityczne potrafi podać
rzeczywistą wartość zawartych w roślinnym materiale lub jego
ekstrakcie składników, a wyniki uzyskiwane w jednej placówce są różne
nawet dla próbek o takim samym składzie
(http://www.canorml.org/RingTestOShaughnessys_Aut11.pdf
).
A i owszem:
– podaje się wartości przybliżone, w odstępstwach dopuszczalnych jak dla leków ziołowych;
– RSO można wyprodukować na indywidualne potrzeby określonej osoby, ściśle według warunków zezwolenia.

Ech…. męczące jest odpowiadanie ludziom, którzy zamiast najpierw zapytać – jak rozumieć te przepisy, kreują się na znawców tematu, prawa, medycyny i nauki.

Kwestia standaryzacji i kontroli jakości (np. zanieczyszczeń, czy
środków ochrony roślin które nawet w trakcie spalania uwalniają się w
większości w niezmienionej formie) jest niezmiernie ważna w przypadku
produktu o przeznaczeniu medycznym, który ma być z założenia stosowany
w chorobach przewlekłych – a więc wielokrotnie w ciągu dnia, przez
długie okresy czasu. W Holandii przez cały okres trwania Rządowego
Programu Leczenia Medyczną Marihuaną nie odnotowano poważnych zdarzeń
niepożądanych,
To już jest bezczelność albo niewiedza rażąca – proszę sięgnąć do materiałów źródłowych wskazanych w uzasadnieniu – produkty Bedrocan w ogóle nie podlegają obowiązkowi monitorowania zdarzeń niepożądanych tak jak wszystkie leki funkcjonujące w obrocie w UE. W naszym projekcie taki instrument monitorowania jest ściśle powiązany z każdą wystawioną receptą w systemie. Troszkę się tu już wściekłem, z góry przepraszam…

co wiąże się ze ścisłą kontrolą rządu nad wyrobem

trafiającym do aptek. Analizy wykonują niezależne laboratoria, a
pakowaniem i dystrybucją zajmuje się odrębna, również wyznaczona przez
rząd firma. Te kwestie próbowano wyjaśnić w dyskusji z Dorotą Gudaniec
o ich projekcie ustawy na grupie na Facebooku. Jednak na wątpliwości
dotyczące tego, kto w świetle projektu ma się zająć wspomnianą
kontrolą nie podano wyjaśnień, a dyskusja utonęła w argumentach „ad
personam”. Jedyne co udało się „zyskać”, to etykietę osób „siejących
niepotrzebny ferment”.
Tak, bo ferment siany zwłaszcza na grupach FB – jest niepotrzebny.

Spieszę wyjaśnić – wg naszego projektu analizy również wykonują niezależne laboratoria, NIE ZACHODZI JEDNAK PAKOWANIE I DYSTRYBUCJA, ponieważ nasza konstrukcja zakłada
1) uprawę i zaopatrzenie jako „dedykowane świadczenie medyczne”, którego formę określi:
– minister zdrowia w rozporządzeniu (dla wszystkich)
– inspektor w zezwoleniu (dla konkretnego podmiotu)
– lekarz w ramach systemu monitorowania (dla pacjenta i dla celów raportowanie w MZ)

2) całkowicie pozarynkowy charakter zaopatrzenia – a po to właśnie, żeby chronić konkurencję na rynku leków, w szczególności interesy dużych koncernów, które jeśli zrobią badania kliniczne i zainwestują miliardy $$$ w produkcję, KORZYSTAJĄ Z PIERWSZEŃSTWA przed marihuaną w ramach systemu. Krótko mówiąc, w momencie gdy pojawia się komercyjny lek na określone wskazanie, lekarz nie powinien wystawiać recept w ramach systemu, a inspektor nie powinien wydawać zezwoleń.

Przy obecnej formule ustawy może dojść do sytuacji w której
przykładowa „fundacja” (np. „Krok po kroku” Doroty Gudaniec) będzie
hodować roślinę, jednocześnie wystawiając samej sobie certyfikat
jakości, a działacze w jej obrębie będą wydawać odpowiednie
zaświadczenia dla pacjentów, niekoniecznie posiadających wskazania
medyczne do stosowania medycznej marihuany.
Może tak być, pod warunkiem, że fundacja taka zagwarantuje spełnienie ściśle określonych warunków itd. itd. idt. mogę powtarzać jak mantrę, tylko zastanawia mnie, czy dotrze coś do adresata….

Z pewnością Polska ma
możliwości uniezależnienia się od importu tego środka (co ma to
miejsce dotąd) i hodowli własnych konopi w celu leczenia polskich
pacjentów. Jednak lokalny producent musi zagwarantować stałość składu
i brak zanieczyszczeń.
Jeśli mówimy tu o producencie komercyjnym – TAK, zgadzam się i podpisuje obiema rękami (mój podpis g… tu znaczy zresztą, bo o tym przesądza ustawa Prawo farmaceutyczne).
Do czasu jednak, do kiedy nie pojawi się taki „gwarant”, produkujący to komercyjne (czego trudno się spodziewać w najbliższych latach, jeśli przeczyta się str. 2 – 7 uzasadnienia Panie Świątkowski!), MUSIMY pilnie zapewnić pacjentom dostęp na jakichś zdroworozsądkowych zasadach, czyli takich najlepszych z możliwych… bo takie zawsze będą lepsze niż brak dostępu albo czarny rynek.

Pora zrozumieć, że pacjent potrzebujący będzie szukał na czarnym rynku, czy to się rządowi i P. Świątkowskiemu spodoba czy nie. I całe p@#$%@lenie na nic się nie zda w zderzeniu z prozą życia chorego.
I rząd ma zasrany obowiązek wprowadzić regulację jakiej potrzebują chorzy, a nie jaką sobie chory rząd wyobrazi.

Znaczenie konkretnego określenia ilości dawki substancji aktywnej w
przypadku marihuany można łatwo zobrazować na przykładzie dwóch
najczęściej występujących kannabinoidów w roślinie (jest ich ponad
70). W przypadku THC jego zakres terapeutyczny jest wąski, tzn. w
przypadku przedawkowania działania uboczne (tzw. „haj”) od razu są
zauważalne. Jednak w przypadku CBD, który w formie leku Epidiolex
wykazuje znaczną skuteczność w terapii lekoopornej padaczki
dziecięcej, nie ma mowy o działaniu psychoaktywnym, więc przy braku
standaryzacji istnieje znaczne ryzyko „niedodawkowania”, a z kolei
przedawkowanie może znacznie wpłynąć na stężenia innych leków we krwi
– aż do osiągnięcia stężeń toksycznych (gdyż CBD wchodzi w liczne
interakcje z wieloma substancjami stosowanymi w lecznictwie co
dokumentują niektóre publikacje –
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26114620
).
Tak.. dzięki CBD można (trzeba!) mniej patentowanej chemii podawać, ot co, takie są te interakcje…

Wyhodowanie rośliny o
stałym składzie jest jednak możliwe, lecz wymaga zaawansowanych
technologii.
Niekoniecznie trzeba tak się trzymać stałych składów… wystarczą przybliżone, a efekty będą osiągnięte w drodze dopasowania dawki.
Tylko błagaaaam – Zostawmy to lekarzom a nie posłom i urzędnikom !!
I temu mają służyć projektowane przepisy.

Uważam, że poruszone powyżej kwestie nie powinny być pominięte w
obecnie trwającej debacie nad medyczną marihuaną. Stawką jest przede
wszystkim zdrowie ludzkie, a nawet życie. Nie ulega wątpliwości że
kannabinoidy i inne substancje zawarte w konopiach (jak terpenoidy)
mogą znacznie zmniejszać niektóre objawy chorób, a także poprawić
jakość życia cierpiących pacjentów. Jednak kwestie stosowania
medycznej marihuany, co jeszcze raz należy podkreślić, muszą być
odpowiednio uregulowane prawnie, aby zakończyć dotychczasową
działalność „podziemia”, i zapewnić bezpieczne leczenie dla
potrzebujących pacjentów.
Przepraszam w takim razie za nieco może zbyt nonszalancki ton moich odpowiedzi… ale kwestie odpowiedniego uregulowania prawnego nie można rozstrzygnąć z pominięciem zdania pacjentów, ich organizacji, aktywistów działających w ich imieniu, lekarzy – rzecz jasna, ale też… Kochani – ludzi oskarżanych o poważne naruszenia prawa (uprawy, przemyt), którzy wiedzą aż za dobrze ile głupie prawo może wyrządzić krzywdy.

Powinniśmy bazować jednak na doświadczeniach
i błędach innych krajów, które mają już wypracowane rozwiązania w tych
kwestiach.
Proszę przeczytać załącznik do uzasadnienia w formacie OSR i nie wypisywać mi takich truizmów, jako swoistego „komentarza mędrców” do naszej ustawy, bo akurat te kwestie są

1) przemyślane
2) uzasadnione

!!

Ustawa o marihuanie medycznej nie może stanowić przykrywki
dla prywatnych działań, które mają na celu wzbogacenie się
pojedynczych jednostek na ludzkim nieszczęściu. Widzimy jednak
konieczność jej wprowadzenia, gdyż tylko tak można zmienić obecną
sytuację w Polsce.
      

Udostępnij

Komentarze Facebook

comments

adminWątpliwości co do ustawy o MM

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *