Thumbnail for 3581

DALEJ PAL TRAWĘ, TY NIEUDACZNIKU!

Piszę do Was, bo chcę obalić pewien mit na temat trawki. Będzie to swoiste studium przypadku – mojego przypadku który, jak sądzę, może pokazać pozytywne strony zażywania marihuany. Wiem, że takich osób jak ja jest na pewno więcej i zgodzą się ze mną, ale do rzeczy.

TRAWKA NISZCZY ŻYCIE. OGRANICZA ZDOLNOŚCI UMYSŁOWE, POWODUJE SPADEK MOTYWACJI, PROWADZI DO WYCOFANIA SIĘ Z ŻYCIA TOWARZYSKIEGO I SPOŁECZNEGO. PRZEZ MARIHUANĘ LUDZIE NIE UCZĄ SIĘ, NIE PRACUJĄ, A NAWET – WYSKAKUJĄ PRZEZ OKNO.

Pardon me – gówno prawda.

Byłam dzieckiem z problemami emocjonalnymi. Wynikały one z ogromnej traumy, którą przeżyłam, będąc małą dziewczynką. Wrodzone nadwrażliwość i egzaltacja tylko pogłębiły ten stan rzeczy i sprawiły, że stałam się nerwowa i ogólnie „dziwna”. Rodzice, pomimo licznych uwag ze strony pedagogów, nigdy nie wysłali mnie do żadnego specjalisty. Uchowałam się zatem w swojej dziwności i pomimo kryzysów, licznych depresji, conocnych koszmarów i sikania do łóżka – jakoś dokulałam się do liceum i tam pierwszy raz zetknęłam się z marihuaną.

Zaczęłam palić – niewielkie ilości, gdyż ograniczały mnie fundusze i problemy z dostępem do źródła. Raz w miesiącu, raz na dwa tygodnie, raz na tydzień, czasami częściej. Nagle zaczęłam się uspokajać. Problemy co prawda nie zniknęły, ale zaczęłam przesypiać całe noce przy zgaszonym świetle, co wcześniej było nie do pomyślenia. Po stresującym dniu w szkole wystarczył jeden buch, żeby się odprężyć, zrelaksować, zacząć myśleć o czymś innym. Stosunki z rodzicami uległy znacznej poprawie. Mój pozytywny nastrój udzielał się również im i nastały dobre czasy w naszym domu. Znalazłam w sobie wyrozumiałość dla innych i przede wszystkim dla samej siebie. Zaczęłam dobierać znajomych wedle własnego uznania, a toksyczne „przyjaźnie” zakończyłam. Przestałam przejmować się wszystkim, a skupiłam głównie na tym, co było dla mnie ważne. Przestałam bez przerwy płakać. Co więcej, zaczęłam śmiać się – głośno i naprawdę. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.

Zawsze byłam umysłem humanistycznym i od dziecka przejawiałam zdolności w tym względzie. Nie rozwijałam ich zbytnio, gdyż moja mama uważała, że przedmioty ścisłe są w życiu bardziej przydatne i z pewnością bardziej skorzystam na tym, że będzie mnie katować matematyką. Matematyki, moi kochani, nienawidziłam szczerze. Miałam z nią problemy od zawsze i myślałam, że nic tego nie zmieni. W liceum zdarzyło się nawet, że na półrocze miałam z matmy dwóję – rodzice o mało mnie nie zabili.

Kiedy zaczęłam palić, coś się zmieniło. Pewnego wieczoru (z blantem w dłoni) zaczęłam przeglądać podręcznik i z nudów czytałam na głos treści zadań. Wtedy, w tym pustym pokoju, niezrozumiałe wcześniej słowa zaczęły mieć dla mnie sens. Zdałam sobie sprawę z tego, możecie się śmiać, że w zadaniu jest dokładnie opisane, co powinnam zrobić i że wcale nie muszę szukać w głowie konkretnego zadania z lekcji, żeby teraz rozwiązać zadanie podobne. Następnego ranka usiadłam przy biurku i rozwiązałam 32 strony podręcznika – w tym szesnaście zadań z gwiazdką. Nie muszę chyba dodawać, że na tym się nie skończyło i maturę z matematyki zdałam na… 98%. Ja, taka idiotka!

Spokój, który zapewniało mi palenie, przełożył się na moje oceny w szkole, na kontakty z rówieśnikami, na wszystko. Stałam się osobą towarzyską i przestałam bać się ludzi. Wypowiadałam na głos swoje zdanie i było wokół mnie mnóstwo osób, które z zaciekawieniem słuchały moich historii. Zaczęłam podobać się chłopcom i dziewczęta też za mną przepadały. Byłam miła i spokojna. Głosy w głowie umilkły. Koszmary się skończyły.

Pod koniec liceum, przy blancie, na imprezie, bo na imprezy zaczęto mnie coraz częściej zapraszać, poznałam chłopaka i zakochaliśmy się w sobie. Jesteśmy razem od sześciu lat i jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi.

Później dostałam się na wymarzone studia humanistyczne, poznałam nowych ludzi, a że byłam spokojna, wszyscy bardzo szybko mnie polubili. Co prawda znalazło się też wielu takich, którzy przykleili mi łatkę „jaracza” i czekali tylko, kiedy upadnę, ale ja byłam spokojna i wszystko było dobrze. Cały czas szłam do przodu z blantem w dłoni, zgarniając stypendia za osiągnięcia w nauce z jednej strony, a bawiąc się w najlepsze i używając życia z drugiej. Do czasu.

W pewnym momencie głosy wróciły i przestałam być spokojna. W nocy męczyły mnie koszmary i bardzo się bałam. Najbliżsi znajomi, mając jak najlepsze intencje, wydali wyrok – „to przez marihuanę”. Przestałam zatem palić – z dnia na dzień – ale wcale nie było mi lepiej. Uznaliśmy z chłopakiem, że powinnam pójść do lekarza i tak też zrobiłam. Po kilku wizytach kobieta w okularach i puchatym swetrze oznajmiła mi, że mam schizofrenię. Dostałam leki i wszystko miało być dobrze.

Łykałam piguły i było tylko gorzej. Zaczęłam tyć, płakać, bać się i myśleć o tym, żeby ze sobą skończyć. Agonia trwała kilka długich miesięcy. W końcu kobieta w okularach i puchatym swetrze oznajmiła mi, że muszę iść do szpitala i tego dnia wróciłam do domu ze skierowaniem w kieszeni.

Całą noc przesiedziałam nad biurkiem patrząc na ten świstek. Co mam zrobić? Rzucić wszystko i iść do szpitala? Co ze studiami? Przecież te kilka miesięcy mentalnej nieobecności można jeszcze nadrobić, ale zupełnie zniknąć? Czy to naprawdę konieczne?

Byłam w takim dołku, że nad ranem nie zależało mi już na niczym. Wygrzebałam z szuflady skręta, który leżał tam nietknięty od miesięcy i… zapaliłam go. Po godzinie wstałam, wyrzuciłam psychotropy do śmietnika, a skierowanie (teatralnie, wiem) spaliłam. Umyłam twarz, sprzątnęłam w pokoju i upiekłam sobie ciasto. Zjadłam ciasto, zrobiłam pranie, położyłam się do łóżka i spałam całą noc, a potem jeszcze cały dzień. I wiecie co? Obudziłam się i znowu byłam spokojna.

Od tamtej sytuacji minęło kilka lat, a ja dalej jestem spokojna. Zdarza się czasami, że gorzej się poczuję i problemy wracają, ale najlepszym lekiem zawsze jest jakiś wyjazd albo spotkanie z przyjaciółmi, kręgle, piwko, mały blant… Spokój wraca, a koszmary rozpływają się w śmiechu ludzi, dla których jestem ważna.

Właśnie kończę studia. Już mam dobrze płatną pracę, w której docenia się moje zalety – kreatywność i pracowitość. Współpracownicy ograniczają sytuacje, które mogą mnie zestresować, więc mam spokój i mogę robić swoje. Po powrocie do domu czasami zapalę. Najczęściej sięgam po trawkę w weekendy – do filmu, do obiadu, do książki, do rozmowy. I mam się bardzo dobrze – chociaż dla wielu i tak zawsze będę albo wariatką, albo ćpunem.

Chciałabym, żeby marihuana była legalna. Rozumiem, że może stanowić zagrożenie, że nie jest dla każdego. Tak samo alkohol nie jest dla każdego, sporty ekstremalne czy chociażby podróże. Każdy z nas jest inny, każdy z nas ma inne potrzeby. Gdybym zaufała opinii kobiety w okularach i puchowym swetrze, która do dzisiaj pozostaje dla mnie uosobieniem instytucji władzy, co by się teraz ze mną działo? Przecież nie wyszłabym już z tego szpitala. Spieprzyłabym sobie życie. A może wyszłabym i powiesiła się na pierwszym lepszym drzewie?

Marihuana nie spowodowała moich problemów i nigdy ich nie pogłębiła. Trawka jest moim sposobem na ukojenie nerwów, a lekiem – przyjaciele. Nawet jeżeli mam schizofrenię, to nic mi nie będzie, dopóki te dwa filary mojego spokoju pozostaną nienaruszone. W to wierzę.

Pozdrawiam Was kochani i palę za Wasze zdrowie! Liczę na to, że niedługo w naszym kraju zacznie postrzegać się obywateli jako ludzi, a nie – szarą masę podatników.

Przy okazji chciałabym też wyrazić swoją solidarność z rodzicami dzieci chorych na lekooporną padaczkę. Chciałabym przesłać buziaki tym dzielnym maluchom. Ci biedni ludzie najmocniej w tej chwili odczuwają idiotyczne zakazy, wydawane przez naszych rządzących. Wierzę w to, że politycy w końcu otworzą oczy na cudze nieszczęście. Zrozumieją, że wypalony skręt nie oznacza agresywnego ziomka w kapturze, który na ulicy wyrywa staruszkom torebki z rąk, żeby mieć kasę na ćpanie. Skręt to dla wielu natychmiastowa ulga i niezastąpiona pomoc w radzeniu sobie z rzeczywistością, która do spokojnych nie należy.

Trzymajcie się ciepło i wszystkiego dobrego, kochani!

A.

Udostępnij

Komentarze Facebook

comments

Jakub GajewskiDALEJ PAL TRAWĘ, TY NIEUDACZNIKU!

Comments 3

  1. kass

    Dzięki za Twój głos w tej sprawie. Mam podobne doświadczenia, acz w moim przypadku chodziło o nawracającą depresję i zaburzenia osobowości. Mam tylko jedno zastrzeżenie – w moim odczuciu marihuana powinna być jedynie środkiem pomocniczym w walce z tego typu problemami. Uczynienie z palenia głównego (albo jedynego) sprzymierzeńca w walce z problemami psychicznymi może sprawić, że uzależnimy od niego swoje szczęście i spokój ducha, co nie różni się specjalnie w swej istocie od faszerowania się psychotropami od lekarza. W moim odczuciu marihuana powinna być podporą, „ułatwiaczem”, wsparciem. Zasadniczą pracę wykonujesz sam, po to aby zyskać wolność od wspomagaczy, czy będą nimi leki czy marihuana. Dzięki temu w przyszłości jesteś w stanie sam poradzić sobie z tym, co kiedyś było nie do przezwyciężenia. Jeśli oprzesz taką autoterapię tylko na paleniu, nic nie zyskujesz, nadal masz problem, który tylko odsuwasz od siebie wraz z każdym blantem. Z takiego założenia wyszłam na samym początku swojej drogi, gdy zdecydowałam się więcej nie ufać lekarzom. Marihuana była potrzebna, żeby w ogóle zacząć. Po jakimś czasie zorientowałam się, że zaczęła mnie hamować. Oczywiście to są bardzo indywidualne kwestie, ale warto pamiętać o ryzyku i korzystać z tego dobrodziejstwa z głową.
    Pozdrawiam wszystkich, którym trudno na świecie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *